Menu

Czy tylko ja potrafię zachować stoicki spokój na wieść o tym, że przyjadą goście? Ok, przyznaję, może część rzeczy zostawiam na ostatnią chwilę (sprzątanie pokoju - a raczej jego sterylizację, bo oczywiście nie może być żadnych śladów życia. Wszystko musi być na swoim miejscu, tak jakby mieli biesiadować w moim pokoju... Ehh..).

Jednak tak na prawdę jest to nic w porównaniu z tym co się dzieje w kuchni. Wymyślne potrawy, wino, najlepsze sztućce, Bóg wie co jeszcze? Byłbym w stanie przeżyć to całe zapieprzanie w kuchni, gdyby nie ciągłe utyskiwanie "Boże, już ta godzina", "Jeszcze to, tamto...", "Wycieraj", "Posprzątaj", "No gdzie to kładziesz?" itp. Szczerze mówiąc mam w dupie to czy np sztućce będą po odpowiedniej stronie, czy kieliszki do czerwonego wina tak na prawdę będą do białego... Gdybym miał takie problemy na codzień byłoby na prawdę dobrze.
Pewnie to całe odwiedzanie skończy się na tym, że gdzieś pod stołem będę smsował zamiast wdawać się w zajebiście ciekawą rozmowę co słychać w Muzeum Czartoryskich, Alasce czy gdzie tam jeszcze. Oczywiście wujek pewnie powie, że przytyłem (tak, bo kur..czę kiedy mam iść na siłkę czy pograć w basket jak pracuję 200 godzin / miesiąc, a po pracy nie mam na nic siły? A no i oczywiście w międzyczasie przyjeżdżać i skosić mu trawę w domu, który odwiedza raz na ruski rok - kosić chyba tylko po to by sąsiadów powkurwiać kosiarką; naprawić windowz - nie śmieję się, on tak na serio mówi, bo się sam zepsuł). A no i oczywiście nic nie zjedzą bo pewnie jedli na mieście. Standardowe godzinne spóźnienie też pewnie będzie, bo to tak trendy wejść z pompą...
Ehh.. good luck, have fun.

Komentarze:

  • torero
  • 29 września 2008 , 22:33:33

http://torero.jogger.pl/2006/01/29/my-home-my-castle/

Dodaj komentarz: